Dzień z życia blogera

By | 20 grudnia 2013

Dzień z życia blogera.

Uwaga: jako znany bloger lajfstajlowy dopuszczam się w tekście lokowania produktów, za co jestem sowicie wynagradzany przez firmy, o których piszę.

Jest poniedziałek, 16 grudnia 2013 roku. Obudziłem się o 6:47 z pełnym pęcherzem. To efekt wypicia wczoraj wieczorem połówki piwa. Oddawszy mocz obok muszli klozetowej, a dokładniej pierwszy moczu strumień – cóż za ulga – łyknąłem resztkę wczorajszej herbaty i wróciłem do łóżka. Kurka wodna, już nie zasnę – myślę. Włączyłem laptopa, sprawdziłem pocztę. Nic konkretnego, żadnej, nowej propozycji biznesowej, a za to jak zwykle trochę mielonki np. od spamerów oferujących „darmowe” doładowania telefonów. Jest też powiadomienie o dwóch domenach, które dziś wygasły. Już ich nie potrzebuję, niech gasną. Sprzedawca z allegro, do którego napisałem grzecznie, już po raz drugi, kiedy raczy wysłać mi paczkę z przedmiotem kupionym ponad tydzień temu, nadal nie odzywa się. Czyżbym padł ofiarą oszustwa? Uj z tym – to tylko 80 zł w plecy. Wstrzymam się jeszcze z wystawieniem komentarza mało pozytywnego. By dać upust mojemu mizoginizmowi zaznaczę, że sprzedawcą była kobieta. Mówią, że kobieta też człowiek, ale w tym przypadku wcale nie jestem tego pewien. Loguję się na konto AdSense (zawsze robię to rano, bo moje strony po amerykańsku, kanadyjsku i australijsku zarabiają też kiedy śpię, a wyzerowanie licznika zarobków w panelu następuje o godzinie 9:00). No cóż, tylko 70 zł za wczoraj, ale bywa i tak. Zaglądam jeszcze na fejsbuka szukając aktualizacji ze stron, które obserwuję. Schodzi na to co najmniej godzina.
Wstaję około 8:00, nakładam elementy szykownego, codziennego stroju, jak przystało na znanego blogera modowego. Ponownie odwiedzam łazienkę i myję twarz żelem do twarzy nieznanej marki. Schodzę piętro niżej, wypijam szklankę wody z sokiem z cytryny, bo mnie suszy po tej wczorajszej, piwnej libacji. Robię sobie wyszukane śniadanie w postaci zielonej herbaty oraz jajecznicy z chlebem. Wracam do swojego apartamentu z posiłkiem i jem z komputerem stacjonarnym, aby nie jeść samotnie. Na poprawę humoru, bo słońca ni uja dziś uświadczyć, słucham zapętlonego hitu grupy Papa Dance – Pocztówka z wakacji.

Śpiewane słowa nie pasują momentami do ruchu ust wokalisty, bo to wersja koncertowa z podłożoną wersją albumową utworu. Ścieżka dźwiękowa jest też delikatnie przyśpieszona przez co śpiew Grzegorza Wawrzyszaka może trochę przypominać głos Kaczora Donalda.

Jedząc włączam kierki. Wygrywam w 5 rozdaniach (65 do 78, 81, 114). Przeglądam allegro. Znowu mija godzina, a ja nic jeszcze nie zrobiłem. Schodzę znowu piętro niżej i myję naczynia, a następnie udaję się do piwnicy i dorzucam węgla do kotła. Komfort cieplny w pracy przed komputerem jest bardzo istotny.

Wyglądam przez okno, brak słońca, 4 stopnie ciepła, trochę śniegu i lodu na chodniku, mokra szosa, słowem masakra. Poważnie zastanawiam się nad wyjściem na rower i przekręceniu 40 kilometrów moją ulubioną trasą. Nie jeździłem od października, byłoby ciężko, ale te endorfiny podczas wysiłku!
Wracam przed komputer. Zaczynam pisać tę notkę i już od początku widzę, że nie będzie to krótka opowieść. Sprawdzam w google.pl frazę: „dzień z życia blogera” i na pierwszy rzut oka wygląda, że da się wejść do pierwszej dziesiątki mimo, że tam jakieś kominki i faszonelki. Ilość miesięcznych wyszukiwań tej frazy jest jednak znikoma, ale kusi potencjalna obecność w tak prestiżowym gronie blogerów. Jak jednak głosi znane przysłowie – „im wyżej małpa wejdzie na drzewo, tym bardziej widać jej gołą dupę”, więc na wielkim sukcesie mi nie zależy. Myślę o jednym z moich blogów, który w AdSense zarabia skandalicznie mało, bo 2 – 4 zł przy 1000 wyświetleń dziennie. W tematyce finansowej, z takiej ilości wyświetleń można wyciągnąć spokojnie 20 – 40 razy więcej. Znowu otwieram google i szukam odpowiedniego programu partnerskiego dla tej strony. Od razu widzę, że łatwo nie będzie i trzeba byłoby dodatkowo opublikować parę nowych wpisów, aby to jakoś razem zagrało. Zastanawiam się czy nie odłożyć tego na później, choć wiem jak takie odkładanie zwykle się kończy.
Jest godzina 10:12, gdy piszę te słowa. Zdaje się, że stworzenie tego wpisu zajmie cały dzień. W głośnikach nadal brzmi Pocztówka z wakacji, bo zapętliłem ten utwór w foobarze2000 (świetny program do odsłuchiwania muzyki autorstwa Petera Pawlowskiego). Znowu włączam kierki – to jakaś obsesja. Ale skoro prezydęt Komorowski może całe dnie zasuwać w domino oraz jolki i panoramiczne to i ja mogę katować kierki. Znowu wygrałem (25 do 66, 86, 109 w 11 rozdaniach). Przypominam sobie, żeby po posiłku umyć zęby, za co zabieram się bez ociągania. O godzinie 10:42 podejmuję decyzję o wyjściu na rower w trybie natychmiastowym. Bloger może sobie pozwolić na przerwy w robocie kiedy tylko mu się zechce, nawet jeśli tej roboty jeszcze dziś nie zaczął. Przygotowania do wyjazdu zajmują kolejne kilkanaście minut. W końcu wreszcie jestem na trasie. Rezygnuję z ambitnego pomysłu przejechania 40 kilometrów, bo okazuje się, że warunki są, delikatnie mówiąc, dość niesprzyjające. Z roweru wracam przed godziną 12:00. Skończyło się na półgodzinnej jeździe ze spacerową, średnią prędkością 22,4 km/h, mokrymi butami oraz koszulką ze śladem na plecach przypominającym nieświeże majtki z brązową ścieżką po środku.

Po przebraniu się w ciuchy mniej obcisłe znajduję kolejną wymówkę, by nie brać się za „blogowanie”. Postanawiam zrobić porządek w pomieszczeniu, które dziś rano tak zapaskudziłem z powodu sikawki, która tuż po obudzeniu była w stanie lekko wskazującym. Podczas mycia łazienki środkami czystości nieznanych firm, komputer złożony przez znaną firmę mam wyłączony. Uruchamiam za to sprzęt audio, włączam płytę „Symbol and Vision” grupy The Garden of Delight i ustawiam głośność na 3/4 mocy wysłużonego zestawu Hi-Fi znanej, japońskiej marki.

Sprzątanie zajęło dobre 40 minut, więc płytę przesłuchałem w całości. O 13:02 rozpoczynam konsumpcję obiadu (kasza, kotlet i sałatka ogórkowa). Ponownie, aby nie jeść samotnie jem z komputerem, a dokładnie z youtubem. Zaczynam od dennego filmiku promowanego na stronie głównej o tytule: Hit internetu – Dance Master, skąd przechodzę do: Ukryta kamera: Pierdzący gliniarz, a potem oglądam Sexy Bikini Nun. Po rozrywce niskich lotów muszę zapuścić sobie coś z górnej półki:

Włączam znowu kierki. Przegrywam w 12 rozdaniach (105 do 62, 71, 74). Potem znowu youtube. Zeszło mi na tym oglądaniu do 13:39. Wypijam w trakcie zieloną herbatę, potem myję zęby. Około 13:40 sprawdzam konto bankowe, aby zobaczyć czy przyszła wpłata za sprzedany przedmiot z tablicy. Wpłata dotarła, loguję się na tablica.pl i usuwam nieaktualne ogłoszenie, a przy okazji odświeżam kilka innych. Wsiąkłem na chwilę w tablicę przeglądając ogłoszenia nieruchomości. Interesują mnie oferty wynajmu, bo myślę o uskutecznianiu relokacji w przyszłym roku. Znowu włączam zapętloną „Pocztówkę z wakacji”. Ktoś dzwoni na mój telefon, ale rozłącza się, gdy tylko wypowiadam do słuchawki uprzejme „czego”. Numer mi nieznany stacjonarny, warszawski, pewnie pomyłka. Nie jestem blogerem z Warszawy, więc cóż mógłby ode mnie chcieć ktoś ze stolicy?

Wpadam na pomysł stworzenia wpisu na jeden z moich blogów rozrywkowych, który nie zarabia prawie wcale, więc szukam około godziny odpowiedniego materiału. To kolejna wymówka by nie zrobić dziś nic konkretnego i spędzić pół dnia na oglądaniu śmiesznych filmików. Sprawdzam też w międzyczasie ponownie pocztę. Nic nowego. Muszę się powstrzymać, aby dziś więcej na pocztę się nie logować. Schodzę do piwnicy, dorzucam resztkę węgla do pieca i przywożę kolejną taczkę opału. Wracam przed komputer i o 16:59 kończę kolejną partię kierek. Przegrałem w 13 rozdaniach (81 do 65, 91, 101). O 17:40 rozpoczynam picie kolejnej herbaty, tym razem Rooibos. Jest godzina 18:00 i mam za sobą napisane dziś ponad 1000 słów tego wpisu. Do 18:45 poprawiam to co do tej pory napisałem. Czas na kolejną partię kierek. O 18:50 jest już po wszystkim. Wygrana w 10 rozdaniach (52 do 78, 80, 102).

dzień z życia blogera

W tej grze karcianej chodzi o to, aby zebrać jak najmniej punktów, czyli punktowanych kart. Wygrywasz, gdy masz mniejszą liczbę punktów niż pozostali gracze sterowani przez komputer. Gra kończy się, gdy któryś z graczy nazbiera 100 punktów.

O 19:13 zmieniam wreszcie płytę w foobarze. Tym razem cieszyć mnie będą mroczniejsze dźwięki z pierwszego albumu polskiej grupy Ziyo. Kontynuuję dalej pisanie tego posta. Nie zdołam już wybrać programu partnerskiego na wspomniany wcześniej blog. Radę, by to co możesz zrobić dzisiaj, zrób jutro, bardzo łatwo wprowadza się w życie. Przed godziną 20:00 idę przygotować kolację. Kilkanaście minut po 20:00 włączam polski film zatytułowany „Jak to się robi” z Maklakiewiczem i Himilsbachem w rolach głównych. Gapiąc się w 70 calowy ekran spożywam przygotowaną wcześniej kolację (kanapki z serem i dżemem). Dziś oglądam film samotnie, więc piwa nie piję. Około godziny 22:00 seans się kończy. Zasiadam ponownie przed komputerem, by skończyć wpis „Dzień z życia blogera”, który właśnie czytasz i zagrać po raz ostatni dzisiaj w kierki. Wygrana w 12 rozdaniach (55 do 68, 86, 103). Potem prysznic, szczotkowanie zębów i około 23:00 idę spać.

Podsumowanie dnia z życia blogera: grałem 6 razy w kierki wygrywając 4 razy, sprzątnąłem łazienkę, napisałem jeden wpis na 1300 słów, obejrzałem jeden film długometrażowy oraz około 20 filmików na youtube, wypiłem 4 kubki herbaty, 3 szklanki wody z cytryną, zjadłem 3 posiłki, przejechałem 10 kilometrów na rowerze. Jutro też jest dzień. Idziemy wytrwale dalej.

One thought on “Dzień z życia blogera

  1. Pingback: Wyszukiwarka wyświetla stronę główną zamiast wpisu

Comments are closed.